Boże po co ja tam poszłam no po co pomyślałam przecież można się było spodziewać że tak to się skończy. Nikola ty idiotko cos ty w ogóle sobie myślała besztalam siebie w myślach. Biegłam właśnie do domu najszybciej jak tylko mogłam. Łzy piekly mnie w policzki a drzewa i domy były rozmazane w jedność. Tylko jedna rzecz nie była rozmazana i stała mi cały czas przed oczami. ON na kanapie u niego w domu i TA dziewczyna z długimi nogami prawie do nieba uśmiechająca się w blogim uśmiechu gdy ON całował JĄ po szyji schodząc coraz niżej aż do jej piersi. Byłam w szoku gdy to zobaczyłam. W pierwszym odruchu obrazu zasłonilam sobie ustach by nie wybuchnąć głośnym płaczem. Potem uciekłam spod jego domu ile sił w nogach. ALAN. Tak mial na imię. Miał? Tak bo mialam zamiar raz na zawsze skreślić go ze swojego życia. Nagle poczułam wibracje w mojej zimowej kurtce. Wyciągnęłam telefon z kurtki i spojrzałam na wyświetlacz "Kate". Moja starsza siostra jak zwykle się o mnie martwiła chodź powiedziałam jej że ma tego nie robić w końcu jestem na tyle odpowiedzialna że nie mam zamiaru robić żadnych głupich rzeczy. Odebrałam telefon:
-Tak Kate.
- Skarbie powiedziała z ulgą w głosie ( od śmierci mamy tylko ona mnie tak nazywała) wrócisz na obiad tata wróci dopiero jutro więc nie musisz się martwić że znów się pokłócicię.
Odkąd mama umarła cały czas się z tatą kłóciłam. Kochałam go ale on chciał bym poszła na medycynę a ja chciałam pójść na turystykę i podróżować po świecie.
- Jestem na skrzyżowaniu za parę minut bedę. Dopiero teraz zwróciła uwagę naw mój głos.
- Nikol czy wszystko ok? Spytała
- Pogadamy w domu Kate. I rozłonczyłam się ponieważ bałam się że znów się rozplacze . Nie Alan Milewski nie był tego wart pomyślałam i pierwszy raz od śmierci mamy poczułam że mam cel w życiu. Z całego serca znienawidzic Alana Milewskiego.
___________________________________
Opowiadanie to jest wytworem mojej wyobraźni jeśli będzie dostatecznie dużo komentarzy i odwiedzin bede dodawać posty w poniedziałki. Dziekuje i miłego czytania. Całuje was :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz